piątek, 6 kwietnia 2018

Dlaczego powinniśmy pisać zgodnie z obowiązującą ortografią?

Pamiętacie, jak w szkole podstawowej, w chwili gdy zaczął do nas docierać ogrom zasad ortograficznych, przez głowę przeszła myśl, że po co w ogóle ta cała ortografia? Po co są jakieś dziwne zasady, skoro chór, hór, chur czy hur brzmią tak samo (przynajmniej teraz, bo dawno temu każdy z tych wyrazów wymawiany byłby w nieco inny sposób), więc wszyscy wiedzą, że chodzi o grupę śpiewających ludzi? Nie byłoby lepiej, gdybyśmy wszystko uprościli, wprowadzając tylko na przykład h i u, a wyrzucając raz na zawsze z użytku ch i ó?
Z wiekiem jednak nasz rewolucyjny zapał przeważnie mijał. Zaczynaliśmy bowiem rozumieć pewne rzeczy i przez to je akceptować. Korzystając ze świetnej książki pt. Jak dobrze mówić i pisać po polsku prof. Andrzeja Markowskiego, chciałbym podać kilka argumentów odpowiadających na dwa pytania:
1. Czy to nie jest wszystko jedno, jak się tekst zapisze, byle byłby zrozumiały dla czytelnika?
Gdyby każdy pisał tak, jak mu wygodnie, to mielibyśmy teksty, w których te same wyrazy pisane byłyby na wiele różnych sposobów (jak ten przykład z chórem). Trudno jest więc samo odrzucenie reguł ortograficznych uznać za ułatwienie — wręcz przeciwnie. Poza tym istnieją wyrazy, które brzmią tak samo, ale różnią się właśnie pisownią. I tylko po pisowni możemy odróżnić jedno znaczenie od drugiego. Co by było, gdyby żaden piszący nie przejmował się różnicą między dowieść a dowieźć?
Stosowanie się do reguł ortograficznych to wyraz szacunku dla czytelnika, czyli odbiorcy komunikatu. Pisząc tekst, z reguły chcemy, by ktoś go przeczytał. Powinniśmy więc napisać go w najbardziej zrozumiały z możliwych sposobów. A najlepszym sposobem nie jest taki, który zmusza odbiorcę do nadmiernego domyślania się, odgadywania, bawienia się kontekstem. Trzeba pisać, respektując zasady, którymi posługuje się odbiorca, a że większość z nas jednak uznaje zasady ortografii, to takich zasad należy się trzymać.
Pisanie nieortograficzne spowodować może odrzucenie pisma urzędowego. W takich pismach ważna jest dokładność i precyzyjność. Trudno je sobie wyobrazić, gdybyśmy uznali, że od dzisiaj piszemy tak, jak nam się podoba. Jeżeli ktoś w umowie napisze, że wszelkie nieporozumienia pomiędzy stronami załatwia się w sadzie (zamiast w sądzie, bo uzna, że po co mu te śmieszne ogonki), to nie powinniśmy się potem dziwić, że w przypadku jakiegoś nieporozumienia zaproponuje zapytanie o zdanie sadownika zamiast sędziego. Pisownia ma ogromne znaczenie przy interpretowaniu tekstu!
2. Czy nie powinniśmy uprościć ortografii, by przestała sprawiać nam tyle kłopotów?
Ortografia polska, jak przekonuje prof. Markowski, nie jest wyjątkowo trudna. Kształtowała się przez wiele wieków i oddaje nie tylko brzmienie wyrazów, lecz także wzajemne ich powiązania czy historię. To przejaw tradycji.
Oprócz słów, które piszemy tak, jak je słyszymy, są też słowa, które piszemy tak, a nie inaczej, by pisownią oddać ich budowę gramatyczną albo pokrewieństwo z innymi formami, wyrazami (na przykład chleb, choć słyszymy chlep — bo: chleba, a nie: chlepa).
I coś, o czym wspomniałem na samym początku — dawniej głoski oddawane literami u i ó, ch i h oraz rz i ż wymawiano inaczej. Dziś zachowujemy pisownię, która odzwierciedla dawną wymowę. Istnienie ch i h w naszych czasach nie wynika z chęci utrudniania sobie życia, ale z tradycji — nic tu nie wzięło się z kosmosu.
Jest też grupa wyrazów, które piszemy tak, a nie inaczej na podstawie pewnej konwencji, umowy. Tu prof. Markowski podaje przykłady: wzwyż, w dal, mogłoby, można by. A konwencje i umowy służą właśnie uporządkowaniu pewnych aspektów, a więc i ułatwieniu życia.
Nawet gdyby ktoś wpadł na pomysł, by od dziś wszystkie wyrazy zapisywać fonetycznie, to powstałby oczywiście bałagan, bo jak miałoby być zapisywane słowo kwiat kfiat (jak mówią w Polsce centralnej), kwiat (jak mówią na Kresach) czy może kfjat lub kwjat (taka wymowa jest najczęstsza)?
A może usunięcie liter ó, ch i rz ułatwiłoby nam życie? Profesor Markowski nie pozostawia wątpliwości — absolutnie nie. Jak pisze, istnienie tych liter „pozwala łączyć, utożsamiać pewne postaci wyrazowe jako formy tego samego słowa”. Gdybyśmy zamiast rów pisali ruf, to nie widzielibyśmy jego związku z rowem, bardziej kojarzyłby nam się z rufą.
Inne ciekawe przykłady: Jeżeli zdecydujemy się używać słowa może na oznaczenie także wielkiego zbiornika wody, to dlaczego w przymiotniku morski występować miałoby r? Przymiotnik utworzony od rzeczownika może powinien wyglądać trochę inaczej. A jeżeli zaczniemy od dziś pisać stuł zamiast stół, to dlaczego mamy mówić: Nie mam stołu? Przecież powinniśmy mówić wtedy raczej: Nie mam stuła. I tak dalej, i tak dalej. Przykładów można mnożyć. Krótko mówiąc, to, co wydaje nam się uproszczeniem, w konsekwencji przyniosłoby niewyobrażalne zmiany języka, który musielibyśmy cały dosłownie przeorać.
Do tego dochodzą koszty drukowania nowych podręczników i lektur szkolnych, czyli strona materialna rewolucji językowej. Wszystkie książki trzeba by drukować na nowo, a stare, z nieaktualną i mylącą w nowych warunkach ortografią, nadawałyby się jedynie na makulaturę. Poprawienie wszystkich polskich stron internetowych to także zajęcie na długi czas.
To tylko część problemów, jakie czekałyby na nas, gdybyśmy chcieli swoje śmiałe pomysły dotyczące ortografii wprowadzać w życie. Może więc ten cały trud, który mielibyśmy włożyć w zmianę systemu, lepiej przeznaczyć na porządne wyuczenie się zasad ukształtowanych przez wieki istnienia naszego języka?

0 komentarze:

Prześlij komentarz